Dlaczego litewscy projektanci czerpią z dziedzictwa i co decyduje o ich sukcesie za granicą
Niewielu jest projektantów, którzy poświęcają rok na poszukiwanie odpowiednich tkanin, ale właśnie to zrobiła Inga Skripka. Twórczyni i założycielka autorskiej marki spędziła blisko rok, podróżując po rodzinnej Litwie w poszukiwaniu tkaczek. „Szukałam śladów i inicjałów naszego folkloru, pozostałości litewskich tradycji” – mówi w rozmowie z FashionUnited w swojej 22-metrowej pracowni w Wilnie.
Prawie żadna z napotkanych przez nią kobiet już nie pracowała. Większość urodziła się w latach 30., nie miała profili w mediach społecznościowych, a kontakt z nimi był możliwy tylko przez telefon stacjonarny. Skripka odkryła jednak, że wystarczyło wspomnieć o zainteresowaniu ich tkaninami, by zostać zaproszoną do środka. „Chcę opowiedzieć ich historie, pokazać tradycję i znaczenie tkactwa”. Wyjątkiem była Verutė. W wieku 91 lat jest jedną z ostatnich osób pracujących na tradycyjnym drewnianym krośnie. Tkała przez całe życie, by zarobić na utrzymanie, a teraz robi to głównie, by wypełnić sobie czas. Jak mówi Skripka, byłaby szczęśliwa, gdyby ludzie wciąż kupowali ręcznie tkane materiały tak jak kiedyś.
Skripka rozpoczęła swoje poszukiwania po znalezieniu pudła z tkaninami wykonanymi przez jej zmarłą babcię. Dopiero po jej śmierci zrozumiała, co stworzyła jej babcia i z czym ją to łączyło: z reliktem minionej epoki, z którym wielu starszych Litwinów nie chciało mieć nic wspólnego. W czasach Związku Radzieckiego import produkcji z Zachodu był niemal niemożliwy, więc wiele przedmiotów wytwarzano samodzielnie w domach, a „pokolenie przed nami z jakiegoś powodu nienawidziło tych wszystkich tkanin” – mówi Skripka. Ona jednak poczuła z nimi inną więź i postanowiła nadać im nową formę w jedynym języku, jaki znała: „Przekształciłam je w ubrania” – mówi, pokazując dopasowany komplet.
Rok poszukiwań ostatnich litewskich tkaczek
Jej pierwsza kolekcja, stworzona w 2019 roku z tkanin babci, znalazła nieoczekiwanych odbiorców – młodych ludzi. Zainspirowana ich zainteresowaniem, zaczęła zbierać więcej materiałów i wtedy skala problemu stała się oczywista. Początkowo spodziewała się, że w kraju wciąż działa wiele tkaczek, ale „to w rzeczywistości ginąca sztuka” – mówi. Po rozmowach z łącznie 16 starszymi tkaczkami stworzyła archiwum tkanin i stojących za nimi historii. Jest w pełni świadoma, że zasoby te są ograniczone, dlatego wykorzystuje każdy skrawek materiału, tworząc z mniejszych kawałków czapki i akcesoria.
Wiele tkaczek było zaskoczonych, że w ogóle chciała od nich kupować. „W ich własnych wioskach nikt tak naprawdę nie docenia tych tkanin” – mówi, zwłaszcza gdy w grę wchodziły pieniądze za coś, co same stworzyły. Trzecia kolekcja do każdego ubrania dołącza dokumentację projektu Skripki, będącą formą opowiadania historii. Każdy element zawiera kod QR prowadzący do filmu o kobietach, które utkały dany materiał, dzięki czemu kupujący mogą dowiedzieć się więcej o dziedzictwie kolekcji i, miejmy nadzieję, poczuć dumę narodową, dodaje. Zainteresowanie rękodziełem na Litwie z pewnością rośnie. Inną kwestią jest to, czy istnieją możliwości, by zaspokoić je na skalę komercyjną.
Litewska moda: mały rynek zorientowany na eksport
Litewscy projektanci, od Urtė Katiliūtė i Juozasa Statkevičiusa po Agnė Kuzmickaitė i Kęstutisa Rimdžiusa, świadomie kierują swoje marki na rynki międzynarodowe. Przy krajowym rynku liczącym około 2,8 miliona ludzi jest to logiczne, ponieważ tak mały rynek nie jest w stanie utrzymać ugruntowanej marki. Dlatego też Vilnius Fashion Week, wznowiony w 2025 roku po 25-letniej przerwie, również koncentruje się na zapewnieniu krajowym projektantom międzynarodowej platformy do prezentacji ich twórczości.
Dla projektantów pochodzących z tak małego kraju czerpanie z dziedzictwa kulturowego może być oczywistym wyróżnikiem. Ale w jakim stopniu jest to atut komercyjny? Czy za granicą sprzedaje się litewska tradycja i rękodzieło, czy też fakt, że coś zostało wyprodukowane na Litwie?
Tkactwo: rzemiosło bez następców na Litwie
Brak tkaczy na Litwie jest problemem dotykającym różnych dziedzin. Liepa Marija Gradauskaitė, projektantka tworząca rzeźbiarskie meble z litewskiej wikliny, szacuje, że w czasach radzieckich w spółdzielniach produkcyjnych pracowało około 200 plecionkarzy. Dziś żyje ich od 20 do 30, a prawie żaden już nie tworzy, mówi w rozmowie z FashionUnited. Jej dostawca wikliny, sam niegdyś plecionkarz, całkowicie porzucił rzemiosło i zajął się uprawą wierzby, gdy popyt na jego wyroby spadł. Gradauskaitė zajęła się tą techniką dopiero po namowie nauczyciela i spędziła ostatnie lata na poznawaniu tajników pracy z naturalnym materiałem. Zapytana, dlaczego wybrała ginące rzemiosło, odpowiada: „Aby pokazać światu, że istniejemy i że tworzymy tu piękne, unikalne rzeczy”.
Artystka tekstylna Gintarė Murauskienė, tworząca pod pseudonimem Knitomanija, odzwierciedla ten zanik w swoim najnowszym projekcie. Wystawa zatytułowana „Nykstančios rūšys” (Gatunki zagrożone), otwarta w zeszłym miesiącu w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Wileńskiego w Parku Vingis, zestawia utratę tradycyjnego dziewiarstwa ręcznego z zanikaniem roślin wpisanych do Czerwonej Księgi Litwy. Do projektu Murauskienė zaprosiła 50 dziewiarek ze swojej społeczności, aby wspólnie stworzyły pole kwiatów z moheru, odtwarzając chronioną rodzimą bylinę. „Wybrałam moher, ponieważ jest to puszysta włóczka, która naśladuje jedwabiste włoski kwiatów” – mówi FashionUnited w wileńskim Ogrodzie Botanicznym.
Murauskienė przy tworzeniu swoich wystaw i osobistych projektów preferuje naturalne włóczki. „Myślę, że mamy już wystarczająco dużo poliestru” – mówi, zauważając, że jako niezależna twórczyni może wybierać materiały, z którymi pracuje, i płacić więcej za lepsze, bardziej zrównoważone włókna, w przeciwieństwie do dużych marek i detalistów, którzy muszą liczyć się z kosztami. Dodaje, że Litwa ma własne gatunki wełny i rasy owiec, które oferują zupełnie inne historie do opowiedzenia. Produkcja przędzy to inna sprawa: jej znajoma, lokalna prządka, niedawno w przypływie złości wspomniała, że spali swój kołowrotek, ponieważ praca i wysiłek wkładany w tradycyjne przędzenie przestały się opłacać. Ta sama kalkulacja – czy poświęcone godziny są warte zysku – ostatecznie dogoniła markę zbudowaną na tej pracy.
Wystarczy spojrzeć na The Knotty Ones. Luksusowa litewska marka dziewiarska, założona w 2014 roku przez trzy przyjaciółki, zbudowała swoją nazwę i reputację na litewskim dziedzictwie dziewiarskim, współpracując z ponad 40 dziewiarkami pracującymi w swoich domach na wsi. W 2023 roku The Knotty Ones zamknęło rundę pomostową o wartości 250 000 euro od Coinvest Capital, planując przeznaczyć te środki na rozwój i ekspansję w USA. Jednak niecałe trzy lata później firma wyznaczyła Hilco do nadzorowania potencjalnej sprzedaży, po zmaganiach ze spadkiem wydatków konsumenckich i trudnościami w dostępie do kapitału inwestycyjnego, co wpłynęło na jej wyniki.
Murauskienė była w trakcie pracy nad swoim najnowszym projektem, gdy usłyszała tę wiadomość. Przyjaźni się z właścicielkami, a błękitne pruskie kwiaty w instalacji zostały wykonane przez dziewiarki z The Knotty Ones. „Trudno jest zarobić na godne życie, a ostatecznie prowadzenie działalności stało się dla nich zbyt drogie” – mówi. To również dlatego Murauskienė nie ma ambicji otwierania sklepu ani produkowania i sprzedawania kolekcji. „Kiedy próbujesz skalować biznes i sprzedawać, sprawy mogą potoczyć się jak w przypadku The Knotty Ones” – mówi. Zamiast tego wolałaby otworzyć studio lub warsztat w Wilnie, który służyłby jako centrum społeczności, gdzie dziewiarki mogłyby się spotykać i dzielić swoją pasją tworzenia. „Kiedy robisz coś własnymi rękami, cieszysz się tym dłużej. Nie wyrzucasz tego po jednym czy dwóch sezonach. Możesz to zachować na 10, 20 lat, jako rodzinną pamiątkę. To całkiem normalne mieć sweter tak długo, jeśli jest bardzo dobrej jakości”. Litewskie marki, które mają międzynarodowy zasięg, nie sprzedają tradycji. Sprzedają len.
Len: tkanina, która sprzedaje się wszędzie
„Len to charakterystyczne włókno, a my wiemy, jak z nim pracować, podczas gdy świat wciąż jest nim zainteresowany” – mówi Vaida Ribinskaitė, współzałożycielka marki slow fashion Son de Flor, w rozmowie z FashionUnited. Wraz z siostrą Indrė założyły markę w 2017 roku, a Ribinskaitė przyznaje, że nigdy nie planowały stworzenia marki lnianej. „Kiedy zakładałyśmy naszą markę, wszystko działo się bardzo organicznie. Nie miałyśmy biznesplanu, który mówił: 'Dobrze, będziemy robić ponadczasowe sukienki z lnu'. Chciałyśmy po prostu stworzyć ponadczasową sukienkę”. Pierwsza sukienka, którą uszyły, inspirowana ulubionym modelem ich matki, była w rzeczywistości z bawełny. Ale kiedy zdała sobie sprawę, że na Litwie działają bardzo silni producenci lnu, wszystko nabrało sensu. Oprócz swojej marki, Ribinskaitė wymienia Not Perfect Linen i MagicLinen jako inne litewskie marki o międzynarodowej renomie. „Prawdopodobnie łatwiej jest dotrzeć na światową scenę mody poprzez len niż tylko przez jakiś bardzo fajny projekt” – mówi ze śmiechem.
Przewaga Son de Flor jest bardziej przemysłowa niż kulturowa. Ribinskaitė wspomina o trzech dużych producentach w kraju, którzy eksportują swoje wyroby. Jej własny dostawca znajduje się zaledwie piętnaście minut od biura Son de Flor w Kownie. Dla marki pracuje około 20 osób, z czego siedem w produkcji, a partnerska szwalnia również mieści się w Kownie. Nic nie jest wysyłane w modelu dropshippingu. Bliskość dostawców jest dla Son de Flor zarówno narzędziem komercyjnym, jak i ukłonem w stronę korzeni marki. Pozwala to na wprowadzanie małych partii i szybkie reagowanie na to, co się sprzedaje. Jednocześnie pozwala klientom reagować na to, co im się podoba, a co nie. Kiedy w zeszłym roku Son de Flor przetestowało na kilku modelach alternatywny len sprowadzany z zagranicy, lojalna społeczność marki szybko zauważyła różnicę. „Nie, to nie jest len, który znamy i lubimy. Dlaczego nie wrócicie do poprzedniego?”. Rozpoznali to od razu, więc marka wycofała się z decyzji i poniosła straty finansowe.
Będąc marką na wskroś litewską, można by pomyśleć, że Son de Flor ma w kraju wielu zwolenników, ale większość jej klientów pochodzi z zagranicy. Sama Litwa jest dla marki znikomym rynkiem. Stany Zjednoczone odpowiadały za około 60 procent sprzedaży przed zeszłorocznymi zmianami taryf celnych, a teraz udział ten wynosi bliżej 40 procent. Był to spadek na tyle dotkliwy, że zdarzały się miesiące, w których Ribinskaitė zastanawiała się, czy będzie w stanie wypłacić wszystkim pensje. „W tym roku bardzo skupiliśmy się na tym, by stanąć na nogi, i udało nam się to osiągnąć” – dodaje.
Jednym z aspektów, który w tym pomógł, jest sposób, w jaki Ribinskaitė postrzega markę i jej metkę. „Kiedy zaczynaliśmy, dyskutowaliśmy, czy powinniśmy umieszczać napis 'Made in Lithuania'. Wtedy myśleliśmy, że ludzie pomyślą: co to jest Litwa? Jakiś kraj trzeciego świata? Jaka jest jakość?”. Ale teraz, po blisko dekadzie, uczy się być dumna z tej metki. Jej poczucie dumy narodowej jest po części zasługą marketingu samego kraju i szerszego odwrotu od szybkiej mody.
Marka rośnie na kluczowych rynkach europejskich, takich jak Niemcy, Francja i Wielka Brytania, ale Ribinskaitė jest świadoma istniejących ograniczeń. Len jako tkanina nie zużywa się szybko, co czyni go, jej zdaniem, „zbyt wolnym jak na tempo gospodarki”. Marki takie jak Son de Flor, które zbudowały na nim swoją tożsamość, raczej nie będą szybko się skalować, ale nie jest to ograniczenie, którego chciałaby unikać. „Może len nie jest stworzony do skalowania” – zastanawia się.
Ribinskaitė nie marzy o stworzeniu międzynarodowego konglomeratu ani o potrojeniu obrotów w ciągu roku. Ale gdyby pewnego dnia Son de Flor rozważało przeniesienie produkcji do Indii lub gdziekolwiek indziej za granicę w celu dalszej ekspansji, nie byłaby to decyzja podjęta pochopnie. Zrobiłaby to tylko z pełną transparentnością i komunikacją ze swoją społecznością na temat tego, co i dlaczego się zmienia. „Każda marka prawdopodobnie zaczyna z dobrymi intencjami” – mówi. „Potem może pojawia się kapitał wysokiego ryzyka, wchodzą inni ludzie, macie różne wizje i czasami twoje marzenie przestaje być tak naprawdę twoje”.
Kwestia możliwości, nie zainteresowania
Tym, co napędza litewską modę za granicą, jest pochodzenie. Len, lokalna produkcja, metka na kołnierzyku. Ochrona tradycyjnego rzemiosła nie przełożyła się jeszcze na podobny sukces za granicą, głównie z powodu braku możliwości skalowania. Jak zauważa Gradauskaitė, częściowo może to być związane z przeszkodą bliższą, lokalną. Po odzyskaniu niepodległości od Związku Radzieckiego w 1990 roku, ludziom wciąż trudno jest oddzielić to, co autentycznie litewskie, od tego, co zostało narzucone, co skutkuje skomplikowanym stosunkiem kraju do własnej przeszłości. „Czasami trudno jest nawet przyciągnąć uwagę ludzi do dawnego rzemiosła, starych tradycji” – zauważa.
Jej odpowiedzią na ten problem nie jest tylko ochrona czy kontynuowanie praktyki tego rzemiosła. „Aby naprawdę utrzymać coś przy życiu, trzeba zaakceptować zmiany, a może nawet trochę je przyspieszyć”. Skripka, Gradauskaitė i Murauskienė robią to na swój sposób, a młodsze pokolenie twórców podąża ich śladem, zajmując się tkactwem, dziewiarstwem i upcyklingiem na targach i hobbystycznie – ale jak dotąd nie jest to wystarczające, by w pełni zaopatrzyć markę.